SILTECH Master Crown
Rzecz w tym, że testowany interkonekt brzmi w taki sposób, jakby łączył wszystkie marzenia, wymagania, oczekiwania, jakie stawiam przed kablem liniowym. Kiedy słucham z moim Triple Crown, powiedzmy, ˻ 2 ˺ Shades of Time z debiutanckiej płyty SANTANY, mam wszystko, czego oczekuję. Szybkie przejście na tomach na początku jest plastyczne, mocne i szeroko w panoramie, a wokale zaraz potem rozłożone w panoramie, ale też wyraźne.
Ten sam materiał słuchany z kablem Master Crown brzmi niżej i w bardziej „koci” sposób. Chodzi mi o energię, która jest teraz lepiej zróżnicowana. Triple Crown to jedna z najciemniej brzmiących serii kabli, jakie znam. Jeśli tak nie jest, jeśli brzmi gdzieś jasno, to – zakładam – system ma duże problemy sam z sobą. Master Crown brzmi w bardziej uniwersalny sposób. To znaczy energia jest w nim rozłożona w dźwięku równo na ataku, podtrzymaniu i wybrzmieniu. Starszy kabel Siltech wyraźniej akcentuje środkową część, przez co – w tym porównaniu – wydał mi się bardziej jednostajny.
Jasne jest, że niemal wszystkie inne kable, jakie znam, są pod tym względem mniej zróżnicowane i że to problem porównania z Master Crownem. To interkonekt, który powoduje, że dźwięk się z jednej strony się rozwarstwia, ponieważ lepiej słychać uderzenie i jego „jądro”, a z drugiej jest lepiej skupiany. Ten paradoks mogę wyjaśnić tylko wyższą rozdzielczością testowanych kabli. Kiedy dostaję więcej informacji, łatwiej wszystko się „składa” w całość założoną przez producentów albumu.

NAJWAŻNIEJSZY W TYM wydaje mi się sposób, w jaki to wszystko jest prezentowane. Kable Siltecha brzmią spójnie i płynnie, a jednocześnie wyrywnie. Ich barwa jest ciemna i ciepła, a przecież ilość dźwięków jest niebywała (nigdy czegoś takiego u siebie nie słyszałem). Grają „legato”, łącząc wszystko z sobą, a są jednocześnie doskonale zróżnicowane. Nigdy czegoś takiego u siebie nie słyszałem.
Zarówno testowany interkonekt, jak i kabel głośnikowy, brzmią nisko i w pełny sposób. Kiedy jednak wchodzi mocna perkusja, nie ma znaczenia, czy żywa, jazzowa, w klasyce, czy też elektroniczna czy samplowana, nagle odzywa się milion dźwięków na raz, wszystko wybucha przed naszymi oczami. No, chyba że to delikatne miotełki w balladzie, wówczas ścielą się przed nami grube dywany dźwięków.
Seria Master Crown jest perłą w koronie, jeśli mogę w taki wsiurowaty sposób nawiązać do nazwy serii, która ozdobiłaby dowolną highendową markę na ziemi. Kable te są wynikiem wieloletniej pracy zespołu inżynierów wspomaganych przez wiedzę i uszy Gabi i Edwina. Są najlepszymi kablami, pod każdym względem, jakie znam. A w dodatku kablami, które brzmią w najprzyjemniejszy, najbardziej „wchodzący” under my skin, że znowu sięgnę wieśniacko po Sinatrę, sposób.
Po prostu ˻GOLDFINGERPRINT˺ mieniący się wszystkimi odcieniami 24-karaowego złota.
Przejdź do strony z całością recenzji